opinie, forum, wycieczki, tanie noclegi

Linki sponsorowane

stare 05-24-2010, 13:03   #1
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii, cz. I Sofia
6 grudnia Chodząc po galerii zatrzymałem się przy stoisku z tzw. „tanią książką”. Po namyśle kupiłem jeden z mocno przecenionych, bo po prostu trochę już przedawnionych mini przewodników kieszonkowych. Traktował o Bułgarii, po przejrzeniu go po kilku dniach w domu, stwierdziłem – czemu nie? Zaczynam planować wyprawę do Bułgarii, może po drodze ktoś się znajdzie do wspólnej wycieczki, jeśli nie – w końcu spróbuje jak to być samemu w terenie na trochę większą skalę niż dotychczas, a co było moim marzeniem jeszcze w dzieciństwie.

Chcę ruszyć częściowo autostopem, ale nie jestem pewien czy starczy mi samozaparcia. Dlatego szukam taniego biletu lotniczego, wiedząc, że jeśli go kupię i polecę – nie będzie wyjścia i będę musiał wrócić…W drugiej połowie stycznia kupuję bilet z datą – 3 maja. Wylot z Warszawy LOT-em. Od tej pory nie ma już odwrotu – zaczynam żyć wyjazdem, kompletuje mapy, wyszukuje niezbędne informacje, ale wszystko robię z umiarem – nigdy nie warto dopinać wszystkiego na ostatni guzik, można się udusić  … Czas mija szybko, opracowuje wstępnie budżet plan… W kwietniu kończę pracę i po weekendzie majowym ruszam do Warszawy, staram się zostawić w domu wszelkie obawy.


Dzień 1 czyli przelot i pierwsze wrażenie.


W Warszawie jestem wieczorem 2 maja – tak na wszelki wypadek. Nocuje w poznanym rok wcześniej hotelu, rano ruszam na lotnisko. Do tej pory widziałem tylko małe polskie lotniska – w Gdańsku, Katowicach i Poznaniu, tak, że te robi nawet wrażenie jak na nasze, polskie warunki. Popijam kawę już po przejściu odprawy, trochę popatrzyłem w mapy i… chyba trochę ulegam roztargnieniu. Gdy siedzę już na pokładzie samolotu, a do odlotu zostaje kilka minut, podchodzi do mnie mężczyzna w stroju ratownika medycznego i wita mnie słowami „Dzień dobry Panie Przemysławie”… Każe sprawdzić czy mam wszystkie dokumenty… Ale mam ID i paszport, przecież muszę mieć… Nagle! $%@&^# oczywiście… przekładałem z portfela legitymację studencką wraz z kartą kredytową na lotnisku do plecaka i wypadła… Jakimś cudem ktoś znalazł ją na czas, odnaleziono mnie następnie na liście pasażerów, a dosłownie na sekundy przed startem oddano mi w samolocie! Wstyd mi, ale szczęście uśmiechnęło się do mnie potężnie. Gdybyśmy nie czekali za opóźnionymi kilka minut pasażerami z Chicago, poleciałbym bez legitymacji i karty – co wiązałoby się z późniejszymi problemami.
Z tak podniesioną adrenaliną wznoszę się w powietrze. Od Rumunii chmury ustępują miejsca słońcu i rozciąga się pod nami wspaniały widok. Sofia wita mnie ponad 20 stopniowym upałem i uśmiechniętymi kierowcami taksówek. Wsiadam w pierwszą lepszą – niepomny tego, co wyczytałem w przewodniku. Zamiast standardowych 40-50 PLN płacę gościowi prawie 100 PLN :/ No to mamy pierwsze straty, no ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Potem w hostelu sympatyczna recepcjonistka opowie mi o „dobrych” i „złych” korporacjach taksówek. Docieram na dworzec główny w Sofii – kolejowy i autobusowy sąsiadują ze sobą. Nie są zbyt piękne, ale źle też nie jest. Moim pierwszym zamiarem jest dotarcie do informacji się czy łatwo kupić bilet kolejowy na późniejszą podróż czy też należy rezerwować bilet już teraz. Mam również nadzieję, na spotkanie kogoś z tanim noclegiem na dworcu tak jak to bywa na Ukrainie. Nim to jednak się dzieje, zahacza mnie starszy mężczyzna ubrany na sportowo Zagaduje po rosyjsku więc zadowolony podejmuję dialog. Mój angielski jest słaby, a po rosyjsku mówię dość swobodnie. Ów kolega proponuje mi, że pokaże dobry hotel, bo „kwartir” na dworcu nie uświadczę, oczywiście już się domyślam, że nie robi to z przyjaźni dla turystów odwiedzających Bułgarię. Jedziemy tramwajem do centrum. Oczywiście zapomniałem zapytać w informacji o to co chciałem, no ale trudno. Mój przewodnik pokazuje mi po drodze gdzie jedziemy – w zasadzie prosta droga bardzo, ale za to bardzo wolnym tramwajem. Na miejscu oczywiście nie przestaje się uśmiechać, aha – miał bilety na tramwaj, tak żeby je doliczyć do końcowego rachunku. Z jednej strony nie mam ochoty dawać mu kasy, ale z drugiej strony po pierwszych wrażeniach w Sofii cieszę się, że za chwilę odpocznę. Pytam ile chcę i proponuje ok. 5PLN (dla ułatwienia wszystkie ceny podawać będę w złotówkach), mówi, że to mało, bo przecież kupił bilety, a jeszcze musi wrócić na dworzec. Bilety były po 2PLN od sztuki… Ech, dobra, daję mu ostatecznie ok. 10PLN (zawsze jestem zbyt dobry i zbyt głupi w sytuacjach z naciągaczami, żebrakami itp. – wiem … i wchodzę na podwórko z hostelem.
Od razu wita mnie bułgarska recepcjonistka, widziała ona, że przyszedłem z ów gościem i od razu pyta ile mu dałem. Jest lekko zszokowana i przeprasza, odpowiadam, że nic się nie stało… Nie mam rezerwacji w tym hostelu, ale z miejscami nie ma problemu. Płacę tylko za jedną noc – ok.40 PLN, okaże się, że w cenie jest śniadanko i kolacja – WOW!!! Po paru minutach moich pseudoangielskojęzycznych jęków, dochodzimy do konsensusu, że oboje mówimy po rosyjsku. Teraz dziewczyna tłumaczy mi wszystko, daję mapę centrum Sofii, pokazuje miejsca niewskazane i te wskazane jak najbardziej. Zostawiam bagaż i ruszam, ośmioosobowy pokój dzielę z Holendrami i Japonkami.
Przez następne kilka godzin maszeruje ulicami Sofii, odwiedzam między innymi park w którym stoi Pałac Kultury i Nauki, spaceruję głównymi arteriami centrum, w końcu rzucam okiem na najważniejsze zabytki. Odwiedzam na chwilę stadion Levskiego, ale nie udaje mi się wejść do środka. Przechadzam się obok cerkwi Aleksandra Newskiego – piękna, cerkwi rosyjskiej, budynku parlamentu. Podsumowując ten spacer mogę stwierdzić, że nie jest tu przepięknie, ale jest bardzo miło, ceny nie są wygórowane jak na stolicę, ludzie wydają się przyjaźnie nastawieni. W pobocznych ulicach wałęsa się sporo psów, podobnie jak widziałem to na Ukrainie, ale bez przesady. Nie zaczepiane, raczej nie interesują się przechodniami. Pierwsze wrażenie każe pamiętać, że w Sofii jeszcze nie tak dawno kwitł socjalizm, drugie jednak uświadamia, że teraz ulice Sofii – szczególnie Witosza, Botew czy Lewski kwitną życiem, ekskluzywnymi restauracjami i sklepami. Szczególnie reprezentacyjna jest Witosza, która biegnie w kierunku wspaniałego szczytu górującego nad miastem o tej samej nazwie – Witosza..
Wracam po pierwszych przygodach do hostelu. Na kolacje podają makaron z sosem i szklankę piwka dla każdego. Miło... Wracam do pokoju i biorę prysznic. Tego wieczoru wychodzę jeszcze tylko po coś do picia do pobliskiego nocnego. Ulica wygląda spokojnie, choć całkowicie pusta nie jest. Przed snem zagaduje jeszcze Japonki. Trochę z obawą, ale i one nie są perfekcyjnie anglojęzyczne... Okazało się, że poznały się dopiero w podróży, wiele śmiechu przynoszą próby przeczytania mojego imienia z ID. Potem jeszcze kilkunastokrotnie powtarzane „dobre” z ust Japonek doprowadza mnie do śmiechu. Sytuacja ta staje się faktem dlatego, że w podzięce na podarowane przez nie mi japońskie orzeszki, częstuje je maślanymi bułkami wziętymi z kraju. Pytają więc jak to po polsku określić, że dobre... No więc mówię i za chwilę z niesamowitym akcentem słyszę wspomniane słowo i to nie jeden raz Pokazuje też mapy, opowiadamy gdzie się jeszcze wybieramy. Strasznie mili ludzie, otwarci, uprzejmi... Na tym kończy się dzień pierwszy.




  Odpowiedź z Cytatem

stare 05-24-2010, 14:06   #2
Administrator
 
Avatar nemeziss
 
Zarejestrowany: Jan 2010
Skąd: Szczecin
Postów: 1,995
Domyślnie
Ale bajer czekam niecierpliwie na ciąg dalszy


  Odpowiedź z Cytatem

stare 05-25-2010, 16:30   #3
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii, cz. II Macedonia
Zastanawiam się jak rozwiązać sprawę wyprawy do Macedonii. Pierwszy pomysł więc jest taki, aby ruszyć do Skopje kolejnej nocy. Tymczasem czeka już na mnie hostelowe śniadanie. Tym razem na styl „stołu szwedzkiego” wystawiono pieczywko, jogurt, wędlinę, sery i czarne oliwki, a także warzywa. Wszystko pyszne i świeże, aż się nie chce wierzyć, że to w cenie taniej hostelowej doby.

Po posiłku ruszam ponownie na ulice w Sofii, aby obejść jeszcze miejsca opuszczone dzień wcześniej. Spaceruje pustą jeszcze Witosza, wchodzę do cerkwi Świętej Niedzieli, bo ukrywa wspaniałe freski. Ogólnie nie jestem fanatykiem miejsc sakralnych i nigdy nie lubiłem zbiorowych wycieczek po kościołach, cerkwiach, meczetach etc. ale coś przecież muszę zobaczyć też od wewnątrz.. Następnie przechodząc obok pomnika św. Sofii, ruszam do hali targowej Halite, nowoczesnej dziś i dość drogiej, ale za to z ukrytymi w podziemiach pozostałościami po rzymskich murach. Docieram na dworzec autobusowy i dowiaduje się, że mogę kupić bilet tylko na godzinę 16:00. Trochę to mi nie na rękę, bo stracę wieczór, a dodatkowo wyląduje w Skopje po zmroku. Ostatecznie kupuje bilet i powoli wracam do hostelu po bagaż. Po drodze wpadam jednak na pomysł, że skoro i tak będę wracał do Sofii to jeśli w hostelu pozwolą zostawić bagaż, zabiorę tylko podręczny plecak na najbliższą dobę. Nie ma z tym problemu, więc tak robię. Muszę być na dworcu godzinę przed odjazdem – dziwna sprawa, ale okazuję się, że bilet trzeba podbić w biurze przewoźnika, a także okazać paszport. Przejazd trwa długo, aż sześć godzin, a bilet w obie strony kosztuje ok. 120 PLN. W oczekiwaniu na odjazd autobusu obserwuje trochę dworcowe życie Sofii. W wielu miejscach naprawdę ładnie, widać kilku pracowników ochrony i jest bardzo spokojnie. Mój autobus do Skopje niestety nie wygląda luksusowo, ale chyba działa klimatyzacja. Tyle że w upale jaki panuje na zewnątrz co najmniej do godziny dwudziestej w autobusie będzie bardzo gorąco. Na szczęście zabezpieczam się w wodę.


Na granicy jesteśmy dość szybko, zatrzymując się po drodze tylko w mieście Kjustendił. Ale właśnie dzięki celnikom tracimy ponad godzinę czasu, co rozwiązuje moją zagadkę – jeśli już granica, to dlaczego sześć godzin? Strażnik wyciąga nasze międzynarodowe towarzystwo na zewnątrz. Niezbyt skrupulatnie, ale po kolei sprawdza każdy bagaż, w zasadzie ograniczając się do włożenia dłoni raz z tej strony, raz z drugiej. To samo u Macedończyków. Czytałem, że te narody nie przepadają za sobą, a to z racji tego że Bułgaria, podobnie jak Grecja, nie uznaje takiego państwa jak Macedonia. Jest to oczywiście aspekt historyczny. Ja jako obywatel UE nie muszę się tłumaczyć, ale np. stojący obok mnie obywatel Kosowa jest sprawdzany dość skrupulatnie. Podobnie ma się sytuacja w stosunku bułgarscy celnicy – macedońscy podróżni, a za chwilę rewanż po stronie macedońskiej. W końcu jednak ruszamy, od razu Macedonia pokazuje co ma najlepsze. Góry, kręta droga, rzeka płynąca wzdłuż tej drogi... Przy zachodzącym słońcu obrazek ten przykuwa wzrok. Wszędzie widać pasące się owce, kozy, miejscami ktoś prowadzi osiołka. Różnorodność domów – od walących się chat po nowo wybudowane wille. Jedynym minusem tej otoczki, jest fakt, że jedziemy znacznie wolniej. Kiedy już zapada zmrok docieramy do Kumanova. Nie wiele widać z okna autobusu, ale nie jest to chyba interesujące miasto. Przekonam się o tym później.

W Skopje jesteśmy zgodnie z planem, a nawet chyba z piętnastominutowym opóźnieniem. Znajduje kantor i wymieniam pieniądze, kupuje bilet na jutro do Prisztiny, gdyż taki zamiar zrodził mi się gdzieś wczoraj. Ostatecznie rezygnuje z odwiedzin Serbii, będzie na następny raz... Do Kosowa chcę ruszyć jak najwcześniej, więc kupuję bilet na szóstą rano, teraz pozostaje poszukać tylko hostelu, a Skopje zwiedzę jutro między powrotem z Prisztiny, a odjazdem autobusu powrotnego do Sofii. To co prawda szybki przegląd tych dwóch miast, ale jak się okaże, wiele mnie nie ominie. Teraz szukam taksówki, podaję jedyny adres spisany z sieci z prawdopodobnie tanim hostelem. Kierowca niestety nie umie po angielsku, a w dodatku nie zna podobnej ulicy... Dzwoni do syna, z którym ja rozmawiam trochę po angielsku, a następnie tamten tłumaczy mu moje słowa. W końcu ruszamy wg niewielkiej mapy, którą mam przy sobie. W okolicach wskazanego punktu ów taksówkarz dowiaduje się od kolegi po fachu, gdzie jest ta ulica i odwozi mnie pod hostel. Kończy naszą krótką znajomość sentencją, która brzmi mniej więcej „Masz 110 daj, nie masz daj 100, Ja Serb, Ty Polak, my przyjaciele” - prawdopodobnie w języku serbskim. Wcześniej bowiem dowiedziałem się, że mężczyzna ten pochodzi z Belgradu. Ów kwoty to oczywiście miejscowe macedońskie denary – dość niski przelicznik, trzeba się szybko orientować – 100 denarów to ok. 6PLN. Płacę więc niewiele – ok 7 PLN i żegnamy się. Niestety hostel okazuje się pełny, a dziewczyna nie potrafi mi wskazać innego. Wracam więc kilkaset metrów do miejsca, gdzie stał pytany taksówkarz i tym razem już z podstawowym angielskim udaję mi się dogadać. Dowozi mnie szybko w kolejne miejsce, tutaj płacę jeszcze mniej, bo ledwie 4 PLN. Za to niewielki hotel wita mnie dość wysoką kwotą w okolicach 100 PLN. Trochę sfrustrowany biorę ten pokój; co interesujące starsza kobieta mówi dobrze po angielsku. Za powyższą kwotę dostaję pokój jednoosobowy (!) jednak o standardzie mocno średnim, jest za to prywatnie i przyjemnie. I nie myślę tu wcale o tym, że podczas tej nocy za ścianą ktoś długo dobrze się bawił. Wyskakuje jeszcze po piwko do sklepu, gdzie spotyka mnie niespodzianka. Oto nadal w Europie są miejsca gdzie panuje czasowa prohibicja. Po godzinie 21:00 alkoholu nie sprzedaje się. Nie wiem czy dotyczy to tylko takich małych sklepów, jaki znalazłem w pobliżu noclegu, jednak właściciel jest mocno zdziwiony, gdy pytam o piwo. Pokazuje na zegarek, potem jednak odsłania lodówkę zakrytą dużą blachą – czego wcześniej nie zauważyłem i sprzedaje dość szybko wymarzone przeze mnie piwo. Po całym dniu w upale chłód piwa i to zakazanego smakuje jeszcze lepiej Do tego prysznic i idę spać podekscytowany przeżyciami, wiedząc, że to dopiero początek


  Odpowiedź z Cytatem

stare 05-26-2010, 11:39   #4
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii, cz. III Kosowo
Wstaje już około piątej. Wsiadam do autobusu, ze mną zaledwie kilku współpasażerów. Już po 20 kilometrach granica, której trochę się obawiałem, mianowicie czy nie będą za dużo wypytywać, a po co, a gdzie, a na ile... Kosowo miało być terenem mało przyjaznym, w dodatku ciągle pamiętającym zamieszki. Tak nakręciły mnie informacje medialne. Okazuje się, że granicę można minąć bardzo szybko, nie widać też wojska, dosłownie kilku żołnierzy kręci się gdzieś jakby bezinteresownie. Po stronie kosowskiej wbijają mi pieczątkę. Teraz podobno mógłbym mieć problemy na granicy serbskiej, szczególnie wjeżdżając od Kosowa. Może w przyszłości się o tym przekonam. Trasa piękna, może nawet bardziej od tej w Macedonii.


Ośnieżone szczyty a na dole ładna pogoda. Około dwie godziny jedzie się do stolicy Kosowa – Prisztiny. Po drodze kilka mniejszych miejscowości, widać, że czas trochę stanął gdzieniegdzie w miejscu. Rolnicy w niemal tradycyjnych strojach, często w polu bez żadnej mechanizacji, a nawet zwierząt pociągowych. Wioski prezentują się różnorako, kują w oczy opuszczone, czasami chyba niedokończone domy. Czyżby wiele osób opuściło te tereny po zmianach? Wszędzie powiewają flagi kosowskie, amerykańskie, czasami niemieckie, brytyjskie, jednak najważniejszą pozycję prawie zawsze zajmują flagi ... albańskie.


Sama Prisztina okazuje się pięknie położona, ale w tej chwili jest jednym wielkim miejscem budowy. Z każdej strony rosną bloki mieszkalne, sklepy, centra handlowe. Wysiadam na dworcu i odmawiam taksówkarzowi rejsu do centrum. I dobrze, bo okazuję się, że jest blisko, po drodze mijam z uśmiechem stojący wśród blokowiska pomnik... Billa Clintona! Wcześniej widziałem, że ktoś założył firmę kamieniarską o tej nazwie. Czyżby miłość do Ameryki była aż tak wielka? Wprowadzono euro, co z pewnością odbiło się na cenach, które niskie nie są. Najtaniej wypadają papierosy, co śmieszniejsze importowane z ... Polski, w cenie euro od paczki. Zabytków Prisztina nie ma, jedynie meczet, którego nie odnajduję. Nigdzie nie można dostać mapy miasta. W pobliżu nowoczesnego centrum handlowego napotykam się na budowany lub niedokończony budynek cerkwi, zagadka...? Reprezentacyjna ulica Prisztiny też szału nie robi, choć to szeroki deptak, który można by ciekawie zagospodarować. Jest tu w tej chwili tylko kilka straganów z kwiatami, jakiś mężczyzna przygrywa na akordeonie. Ta kilkugodzinna wędrówka po stolicy Kosowa uświadomiła mi, że jednak warto odwiedzać takie miasta, bo w takim stanie jak teraz trwają one tylko przez chwilę stanowiąc ciekawe zagadnienie nie tylko dla geografa ale i socjologów, urbanistów etc... Wracam na dworzec po drodze natykając się jeszcze na pomnik jakiegoś bohatera, poległego w 1997 roku, ów człowiek trzyma w ręce karabin maszynowy, a ubrany jest bardziej jak rebeliant, niż jak żołnierz. Na dworcu zjadam przepyszny kebab za równowartość 8PLN z prawdziwym mięsem baranim. Po posiłku wracam zadowolony do Skopje. Po drodze znów podziwiam trasę, nie da się nie wspomnieć o licznych komisach samochodowych, często nie tylko z całymi autami, ale np. z przednią połową mercedesa, gdzie indziej stoi tylna część opla itd. Widać, części zamienne są na tych terenach bardzo pożądane


Mam kilka godzin dla Skopje toteż po przyjeździe natychmiast ruszam w kierunku centrum. Skopje wydaje się mieszanką w skali czasowej. Nowoczesne budynki stoją obok tych pamiętających Jugosławię, a wśród nich dodatkowo kryją się prawdziwe zabytki. Piękny jest jeden z mostów na Vardarze z niesamowicie silnym nurtem rzeki w pobliżu. Tuż obok znajduję się główny plac miasta. Widać z niego, jak zresztą z każdego niemal miejsca w stolicy krzyż na wzgórzu, oświetlony w nocy. To ważny symbol Skopje. Wzdłuż Vardaru rozwinęły handel ogródki piwne i restauracje różnego rodzaju i jakości. Po drugiej stronie rzeki zaś zabytkowa, najstarsza część miasta, z wąskimi uliczkami, wszędobylskim zapachem kuchni, gwarnie, czysto i prawdziwie turystycznie. Wzdłuż kolejnej ulicy rozłożyło się wielu handlarzy mających do sprzedania wszystko i nic, tak jak to znamy czasem z naszych targowisk. Jeszcze dalej typowy pchli targ ze starymi książkami, jakimiś bezwartościowymi naczyniami czy też monetami, mosiężnymi drobiazgami etc. Zatrzymuje się na moment i wybieram kilka monet. Sprzedawcy jak wszędzie w takim przypadku uśmiechnięci i mili. Jeden z nich dowiadując się, że jestem z Polski pokazuje mi ręką spadający samolot żartując coś w stylu „bad trip” po chwili dodając, że „to nie jest zabawne – przepraszam.” Spoglądam na zegarek i wracam powoli na dworzec, Skopje pozostawia po sobie dobre wrażenie. Znów muszę zgłosić się do informacji przed odjazdem i rozmyślając nad dalszymi planami zasiadam w autobusie.


Wracam tramwajem do hostelu po bagaż, chwilę odpoczywam i ruszam z powrotem już pieszo, obserwując nocne życie miasta. Jest już dość późno, a ulice nie wszędzie są dobrze oświetlone. Widać młodych ludzi, gdzieniegdzie przechadzają się prostytutki. Docieram na dworzec, kupuję coś na drogę i odnajduję pociąg. Niestety dość szybko okazuję się, że kupiłem bilet bez miejscówki – po prostu z powodu ich braku. Połowę nocy, a co za tym idzie połowę drogi spędzam więc na bagażu w przejściu. Zresztą nie tylko ja, na brak towarzystwa nie można narzekać, pociąg jest pełny. Ale jest spokojnie, jedynie co nie da się nie zauważyć, że pociąg często jedzie bardzo wolno. Blisko ośmiogodzinna podróż na przestrzeni ponad 500 km za 40 PLN jednak w miarę mi się podoba. Od Wielkiego Tyrnowa pociąg powoli pustoszeje i pozwala mi to nawet przespać się na siedzeniach w pustym przedziale. O godzinie 7 rano jestem w Varnie, a ta wita mnie chłodem. Kupuję kawę i siadam na chwilę przed komputerem, w celu poszukania taniego hostelu.


  Odpowiedź z Cytatem

stare 05-27-2010, 12:23   #5
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii, cz. IV Morze Czarne
Hostel Yo-ho to pierwszy punkt w Varnie, którego szukam. Jest bardzo wcześnie i miasto śpi, ale już mi się podoba. Po odnalezieniu budynku dzwonię do drzwi. Po kilku minutach z góry wyłania się mocno opalony Bułgar, wciąż pamiętający chyba wczorajszy melanż. Wykupuję dwie kolejne noce, ale na razie nie zostaję wpuszczony do pokoju. Mam wrócić około południa lub poczekać przed komputerem, przy kawie itp. Miło i dość tanio, taniej niż w Sofii, ale tu bez jedzenia. Zostawiam zbędny bagaż i ruszam zobaczyć morze. Docieram do jakiegoś przyjaznego miejsca na chwilowy odpoczynek. I w tutejszym hostelu zostałem wyposażony w mapę miasta. Dodatkowo pracownik hostelu pokazał mi ciekawe miejsca, a także tanie jedzenie.


Nad Morzem Czarnym w Varnie rozciąga się pokaźnych rozmiarów Park Przymorski. Oprócz zieleni oferuje on różnego rodzaju rozrywki od karuzeli, przez akwarium, muzea po pomnik, a właściwie panteon ku pamięci poległych w II wojnie światowej. Omijam atrakcje bezpośrednio przeznaczone dla najmłodszych i udaję się pod wspomniany pomnik. Oddaliłem się tym samym od centrum więc próbuję wrócić komunikacją miejską. Nic problematycznego, bilety do kupienia u pań w autobusie. Jestem z powrotem w centrum już po chwili, więc idę „po mapie” przez kolejne punkty godne uwagi. Słyszę dźwięk werbli i przypomina mi się, że dziś 6 maj – dzień Wojska Bułgarskiego, a także dzień św. Grzegorza. Niestety nie docieram na czas na prezentację defilady, ale pod cerkwią w Varnie wciąż kręci się jeszcze sporo ludzi, a między innymi pop w odświętnych szatach. Jakiś czas wszystko obserwuje i idę dalej. Mijam wieżę zegarową, a kiedy przyglądam się różowej fasadzie opery zaczepia mnie jakiś miejscowy. Na początku pyta o angielski, ale po chwili okazuje się, że świetni mówi po polsku. Proponuje podejrzaną wymianę waluty, kusi stulewowymi banknotami – chyba z poprzedniej serii pyta o euro, o dolary, w końcu nawet o złotówki, mówi, że pracuje z kolegą z Polski na targu w ... Radomiu. W końcu jednak daje mi spokój. Idę dalej uliczkami centrum Varny i orientuje się, że jestem na ulicy, na której znajduje się polecany mi w hostelu punkt gastronomiczny. Ładuje się więc do środka i zamawiam zupę warzywną, ziemniaki, jakieś mielone w kształcie rolady, surówki, czarne oliwki, deser i piwo. Za wszystko płacę śmieszne jak na centrum 24 PLN. Wszystko smaczne i godne polecenia. Po tym posiłku postanawiam wrócić do hostelu zobaczyć czy pokoje się już opróżniły i trochę odpocząć. I rzeczywiście, hostel niemal opustoszał.


Po krótkiej fieście postanawiam podjechać do jednej z miejscowości wypoczynkowych. Po dwudziestu minutach w autobusie ląduję w Złotych Piaskach. Jest pusto i zimno, ale mimo to niektóre punkty są otwarte. To luksusowy kurort. Po trzydziestu minutach patrzenia na to wszystko wracam znudzony do Varny. Tu odnajduje ruin rzymskich łaźni w mniej zadbanej części miasta, a także budynek Muzeum Marynarki. Siadam jeszcze na chwilę w restauracji przy piwie i powoli wracam do hostelu, mając jeszcze w pamięci dość męczącą noc w pociągu.


  Odpowiedź z Cytatem

stare 05-27-2010, 15:03   #6
Senior Member
 
Avatar raissa
 
Zarejestrowany: Feb 2010
Skąd: Wola
Postów: 177
Domyślnie
ale faza...z chęcią bym się z Tobą wybrała na następną wyprawę


  Odpowiedź z Cytatem

stare 05-28-2010, 11:55   #7
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii, cz. V Muzeum Władysława Warneńczyka
Kolejny dzień zaczynam dylematu czy jechać do Nesebyru. Po namyśle pytam innego już pracownika hostelu, jak dotrzeć do muzeum Warneńczyka, jakby nie patrzeć najbardziej bliskiego naszemu krajowi człowieka, którego tu znają wszyscy. Udaje mi się to po małych poszukiwaniach. Budynek muzeum jest zamknięty, ale wszystko otacza ładny park. Znajdują się tu tablice pamiątkowe, pomniki i inne hasła upamiętniające zwycięstwo tego m.in. polskiego króla w 1444 tuż pod Varną. Spędzam tam dłuższą chwilę i wracam do centrum, tym razem za cel obierając Muzeum Archeologiczne.

Jako że byłem w zachodniej części miasta, obserwuje trasę „na jutro”. Od jutra bowiem powoli wracam już w kierunku północno-zachodnim, a że planuję jazdę autostopem, zbadałem trochę teren. W końcu docieram do Muzeum Archeologicznego. Budynek jest duży i zadbany, wstęp kosztuje ok. 20 PLN. Eksponatów jest wiele, aż nie da się opisać. Z początków państwa bułgarskiego, czasów trackich, scytyjskich, rzymskich, greckich, przez średniowiecze aż po czasy współczesne. Bardzo mi się to miejsce podoba, a zazwyczaj w muzeum zbyt wiele czasu nie spędzam. Po przejściu obu pięter i kilkunastu sal, postanawiam teraz ruszyć nad morze. Kolejne dwie godziny spędzam więc na plaży. Następnie przechadzam się w okolicach dworca kolejowego, który wcześniej po przyjeździe wczesnym rankiem trochę zlekceważyłem. W końcu znów wracam do hostelu. Już po zachodzie słońca wybieram się ponownie na spacer w kierunku morza i Parku Przymorskiego. Jest coraz zimniej, ale nic nie zwiastuje ulewy. W końcu jednak nadchodzi potężny deszcz. Widać, że w Varnie częściej świeci słońce niż pada. Uliczki zamieniają się w potoki. Na szczęście wcześniej docieram do odwiedzonej dzień wcześniej restauracji, po drodze zaczepiany jestem jeszcze przez panie reklamujące kluby nocne czy dyskoteki. Turystów o tej porze nie ma jeszcze zbyt dużo, więc każdy klient jest na wagę złota.


Niestety muszę odmówić udziału w jakiejkolwiek zabawie z powodu kruszącego się powoli budżetu wyprawy. Całe szczęście nie jest najgorzej, bo nie zgubiłem karty kredytowej, prawie... W restauracji w której siedzę też pustki, podobnie zresztą jak wczoraj. Dziś nie odwiedził mnie nawet proszący o kasę, ubolewający na chorobę serca i brak pieniędzy na leki mężczyzna. Wczoraj bowiem miałem takiego gościa przy stoliku. Dzień dość leniwy, ale zasłużyłem, teraz czas żegnać się z Varną, jutro ruszam dalej.


  Odpowiedź z Cytatem

stare 05-31-2010, 10:43   #8
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii, cz. VI Bukareszt
Wstaje wcześnie, przed wszystkimi i ruszam na wylotówkę. Mam zamiar dostać się do Ruse – granicy bułgarsko-rumuńskiej, a następnie dotrzeć do Bukaresztu. Początki są trudne, napisana w dwóch językach kartka RUSE/PYCE nie robi wrażenia przez ponad godzinę. Zaczynają się rozmyślania, czy aby nie jestem już za stary na takie przygody, ale w tej chwili zatrzymuje się młody Bułgar. Naprawdę sympatyczny człowiek, droga mija nam szybko mimo że musimy zrobić cały objazd z powodu groźnego wypadku na drodze. Wjeżdżamy do centrum Ruse, chłopak pokazuje mi miasto, potem spotykamy się z jego dziewczyną. Siadamy w restauracji, a po wszystkim płaci za mój rachunek twierdząc, że jestem jego gościem (!). Oczywiście życzy mi powodzenia, a ja ruszam dalej wychodząc pieszo z miasta.


Po drodze sprawdzam autobus do Bukaresztu, ale nic nie jedzie w tej chwili, jakiś taksówkarz stara mnie przekonać, że ma dziś dla mnie specjalną promocję za jedyne 100PLN. Dziękuje i ruszam na trasę, panuje upał jak w Polsce w środku lata. Idę powoli wzdłuż drogi machając kartką z napisem Bukareszt. Ruch umiarkowany, ale nic się nie dzieje. Po pół godziny jednak łapię Golfa w słabym stanie z dwoma Rumunami w środku. Jest problem w komunikacji, ale w końcu ruszamy do Bukaresztu. Ta trasa pozostanie w mojej pamięci na długo. Pędzący – jak na ten samochód 180 km/h, wszędzie pełno martwych potrąconych zwierząt i jeszcze celnik zagadujący do mnie po polsku „dzień dobry, gdzie jedziecie” . Kolega z Golfa ubrany na sportowo, z tego co rozumiem wraca z pracy w Bułgarii. Podwozi mnie aż pod sam dworzec kolejowy, co mi jest bardzo na rękę. Daję mu za to bezinteresownie 10PLN na papierosy, choć nic nie wołał. Ale w końcu mnie nie zabił, więc muszę to jakoś wyrazić Na dworcu, jak to w stolicy – ogromny gwar, taksówkarze z propozycjami nie do odrzucenia itd. Ja jednak czekam za miejscowymi.


W końcu zjawiają się dwie dziewczyny. Jedziemy autobusem miejskim dość daleko, na osiedle wielkich bloków. Mieszkanie zamieszkują trzy studentki, jest czysto i przyjemnie, będę spał na wygodnym materacu. Po zmyciu brudu z trasy i pierwszych nieśmiałych rozmowach ruszamy z powrotem do centrum. Tymczasem się ściemniło i Bukareszt od razu robi na mnie wielkie wrażenie. Nazwałbym to: „miasto traffic”, wszyscy pędza na złamanie karku, nikt nikomu nie ustępuje, przeciwne pasy dzielą kolczatki bezpieczeństwa, a sygnał klaksonu jest niemal nie ustający. Nie wiem jak radzą sobie w tym wszystkim niedzielni kierowcy lub osoby, które jadą tu pierwszy raz. Dziewczyny pokazują mi najciekawsze miejsca w centrum oraz prowadzą do miejsca, gdzie nie wiedzieć czemu odbywa się „dzień polski”. Jest 9 maja i nie mam pojęcia skąd ta tradycja i trochę mi głupio, że nie umiem tego wytłumaczyć. Potem zagłębiamy się w gwar kawiarenek i restauracji w centrum. Bukareszteńska starówka jest bardzo mała. Prawdopodobnie to zasługa Caucescu, który miał inne planu wobec tego miasta. Po spacerze polegającym na przeciskaniu się wśród ogródków piwnych przed restauracjami, zjadamy coś z miejscowego fast fooda i w końcu siadamy w mniej obleganych barach orientalnych. Główna atrakcją podobnie jak u nas jest tu fajka wodna. Wypijamy po piwie, krótko rozmawiając, jednak przy angielskim dziewczyn idzie już mi gorzej, niż np. z podobnymi akcentami jak ja hostelarzami Wracamy taksówką na wspomniane osiedle, jestem skonany.



Zobacz Bukareszt na mapie



Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą widzieć linki.
Zarejestruj się


  Odpowiedź z Cytatem

stare 06-02-2010, 07:34   #9
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii, cz. VII Majowy blues o Bukareszcie
Już w nocy zaczyna padać. I pada tak praktycznie pół dnia. Nie chcę się wychodzić z domu, w końcu dziewczyny uzbrajają mnie w mapę sugerując jednocześnie, że dziś mam radzić sobie sam. Wcześniej decyduje, że dalej ruszam jutro rano. Na nocny pociąg przez Rumunię już nie bardzo mnie stać, a chcę dalej próbować stopa pokrzepiony wczorajszym dniem. Postanawiam jednak już dziś kupić bilet na najwcześniejszy pociąg do Braszowa. Potem będzie już tylko autostop.


Przestaje padać, postanawiam iść jeszcze urokliwą ulicą, aby obejrzeć znajdujący się tam wg mapy stadion. Niedaleko stoi również charakterystyczna cerkiew, bo z zielonymi kopułami. Stadion zaś okazuje się całym kompleksem lekkoatletycznym, obok mniejszy stadion rugby. Nic ciekawego. Wracam tramwajem znów w okolice Gara de Nord (dworzec). Teraz pora wypróbować miejscowe metro. Docieram w ten sposób na kolejny stadion, znanej drużyny Dinamo Bukareszt. Chcę też zajrzeć na obiekt Steauy ale nie uda mi się to, choć jak się później od dziewczyn nie był on daleko.


Wracam ze stadionu pieszo ulicą … Polską do centrum. Oglądam jeszcze raz widziane wczoraj obiekty po zmroku. Wrażenie jest jakby mniejsze. Starówka jest niemal opustoszała, a niektóre kamienice wyglądają okropnie. Przy jednej z głównych ulic pewien Cygan (mówią tu na nich Gibbsy) wciska mi gueide o Bukareszcie sprzed dwóch miesięcy. Nalega o więcej pieniędzy, prosi, wciska na siłę kolorowe gazety. W końcu daje mu ok. 5PLN za co usłyszę, że jestem dobrym człowiekiem. No cóż, dość atrakcyjna cena Kontynuuje wędrówkę przez polecany przez dziewczyny budynek parlamentu. Jest to drugi po Pentagonie budynek pełniący taką funkcję na świecie pod względem kubatury. Mijam kilka, a może kilkanaście wałęsających się psów i rzeczywiście... Robi wrażenie, obchodzę cały obiekt dookoła i znów zaczyna padać... Powoli więc wracam na autobus, tym bardziej że dzień był dla mnie dość krótki i już powoli się kończy. A wszystko przez aurę na którą nie mogłem narzekać w nie tak odległej Bułgarii. „Kończy” mi się mapa, bo obejmuje ona głównie centrum. Ale jakoś odnajduje linię autobusową, po drodze odwiedzam jeszcze market. Dziewczyny poczęstowały mnie śniadaniem, więc chcę się odwdzięczyć i kupuje coś na kolację. W końcu i tak spałem dwie nocy za darmochę. Dzięki dobrej atmosferze w ogóle nie przejmuję się jutrzejszym dniem, tym bardziej, że w miejscowości Oradea mam zapewniony (?) kolejny taki nocleg. Już teraz wyjazd oceniam za udany, choć jeszcze nie wiem co mnie czeka.


  Odpowiedź z Cytatem

stare 06-04-2010, 07:27   #10
Junior Member
 
Zarejestrowany: May 2010
Postów: 21
Domyślnie Wyprawa do Bułgarii cz. VIII Autustop do Rumunii
Wstaję wcześnie na pierwszy pociąg w kierunku Braszowa. Chcę bowiem dziś przejechać całą Rumunię niemal w poprzek. To prawie 600 km. Na początek jednak źle oceniam ruch w mieście o poranku i mój pociąg ucieka. Na szczęście bilet można oddać pomniejszony o jakąś kwotę.. Za pół godziny mam zresztą kolejny. W ten sposób pokonam 160 km. Bukareszt opuszczam z żalem. Ale za to pociąg jest bardzo czysty i zaskakuje mnie mile jakością. Biorąc pod uwagę, że zanotowałem już rano stratę czasową planuję trochę szybciej obejść Braszów. Jest to ciekawe miasteczko i od momentu kiedy wysiadam z pociągu widać, że przyciąga turystów. Kieruje się ku starej części miasta za charakterystycznymi domkami. Nad miastem, na wzgórzu góruje napis Brasov na podobieństwo tego z Hollywood.


Jeszcze tylko szybki posiłek z i zahaczając po drodze stadion miejscowego klubu udaje się na wylotówkę. Stoję... dwie minuty, może mniej. Bodajże piąte auto się zatrzymuje, a kierowca jedzie do Budapesztu! Jedziemy przez kolejne miasteczka, o których czasem słyszę kilka zdań w niemiecko-angielskiej wersji. Trasa jest malownicza i warto by było tu zostać na jakiś czas. Przy drodze stoją inni autostopowicze. To niemal tradycja narodowa, jak się okazuje miejscowi wykorzystują ten transport jako uzupełnienie komunikacji. Po ponad pięciu godzinach docieramy do Aradu. Przejechałem więc naraz niemal 350 km. Teraz jednak muszę się jeszcze dostać do odległej o 110 km Oradei, a pogoda znów nie jest łaskawa i powoli się ściemnia. Szkoda, że nie reagowałem, że umówiona ze mną dziewczyna z Oradei nie odpisuje na sms i nie pojechałem od razu do Budapesztu. Byłbym tam dobre 12 godzin wcześniej!


Jednak pod Aradem znów mam szczęście, po kilku minutach zatrzymuje się rumuński TIR. Koleś jedzie do Salonty, a więc kolejne 70 km mam zrobione. Częstuje mnie wodą, umie nawet parę słów po polsku! Po drodze na stacji benzynowej u znajomego spuszcza słuszną ilość paliwa. Biznes się kręci Jedziemy dalej, a po drodze przez CB radio ów kierowca znajduje mi transport do Oradei. Co za szczęście! Szybko więc przeskakuje do kolejnego TIRa i po pół godzinie jestem prawie w mieście. Prawie, bo ten kierowca jedzie tranzytem dalej i nie wjeżdża do miasta. Co z tego jednak skoro mój nocleg się nie odzywa. Decyduje, że nie wchodzę do miasta i idę dalej w kierunku granicy węgierskiej. To 12 km, ale liczę, że może coś jeszcze złapie, choć jest już po zmroku. Tym razem tyle szczęścia już nie mam. Gdy jest już prawie północ odnajduję bankomat i odpoczywam na jednej z wielu napotkanych stacji benzynowych. Pełno tu kierowców i prostytutek. Dziewczyny w młodym wieku, ale chyba z dużym stażem proponują usługi za 10 euro. Ale to nie dla mnie, przysypiam trochę w kawiarnianym ogródku przy stacji i czekam na świt. Jestem zdegustowany nieudanym kontaktem z dziewczyną z Oradei.


  Odpowiedź z Cytatem
Odpowiedz

Tagi
autostop, braszów, budapeszt, bukareszt, bułgaria, hostel, kosowo, macedonia, morze czarne, muzeum warneńczyka, polska, prisztina, rumunia, skopje, sofia, varna

Narzędzia wątku




Witryna używa plików cookies.
Dowiedz się więcej.